JESZCZE NIE JESIENNE ZORZE

Tak jak postanowiliśmy dzień wcześniej, po skończonej pracy, spakowaliśmy plecaki, zgarnęliśmy namiot, wędkę, mnóstwo prowiantu (w końcu przed nami kolacja i śniadanie w dziczy ;)) oraz znakomitą whisky, co by nam wieczór minął w przyjemnej atmosferze, wrzuciliśmy wszystko do bagażnika i ruszyliśmy w drogę, z powrotem do magicznego Gjerdalen.

I znów jechaliśmy pośród pięknych gór, lasów i jezior, w dalszym ciągu nie mogąc się nadziwić, jakże te widoki są wspaniałe.

Po 21:00 byliśmy już na miejscu. Zaparkowaliśmy samochód, objuczyliśmy się gratami i ruszyliśmy na pieszą wędrówkę, ku idealnemu miejscu pod namiot.

Szliśmy pośród łąk i gór, które dzięki promieniom zachodzącego słońca przybierały ciepłe i bajeczne kolory. Podczas wędrówki przekraczaliśmy dzikie strumienie i małe wodospady. Przepiękna sceneria. Aż żal, że nie możemy zostać tu co najmniej na miesiąc ;).

Po prawie godzinnym spacerze dotarliśmy do jeziora, przy którym postanowiliśmy się rozbić na noc. Miejsce prezentowało się wspaniale, pomimo tego, że słońce już dawno zaszło za górskie szczyty i tylko jasna poświata na horyzoncie przypominała o ciepłym i jasnym dniu. Sama jednak poświata wystarczyła, by jezioro i otaczające je góry, oczarowały mnie swoim widokiem <3. Spokojna i niewzruszona tafla wody tworzyła naturalne, idealnie gładkie lustro, w którym odbijał się obraz otaczającego nas świata.

No to co? Zaczynamy campingowy wieczór! Zabraliśmy się za rozkładanie namiotu, który okazał się przeogromny! Proponowałam wcześniej, żeby zabrać mojego Fjorda Nansena, ale Erlend stwierdził, że w większym będzie wygodniej i on go poniesie. No ok, zgodziłam się. Jednak podczas rozkładania 10 osobowego domu (przesadzam, ale serio był wielki :D), szybko zwątpiłam w słuszność mojej decyzji :D. Namiot był PRZEOGROMNY! Chyba nigdy nie spałam w większym :P. W końcu udało nam się ogarnąć wszystkie sznurki, linki, kijki, szpilki i nasz DOM dumnie stanął na prastarych (ostatnio naczytałam się „Sekretnego życia drzew” ;)), karłowatych drzewkach norweskiej tundry.

Dom już stoi, więc można się zabrać za przygotowanie kolacji. Zanim rozpaliliśmy ognisko, co też okazało się nie lada wyzwaniem (choć pomyśleliśmy przed wyjazdem, że na tych terenach za dużo drewna nie będzie i zabraliśmy ze sobą kilka drewnianych szczapek), to była już 23:00. Dość słabe te nasze pory posiłków, nie powiem… Ale co zrobić ;)…

Gdy ogień w końcu zaskoczył, wrzuciliśmy nań czajnik, by przygotować nieśmiertelną i nie zważającą na porę dnia norweską kawę, a zaraz po niej na ruszt wjechał łosoś, który w błyskawicznym tempie był gotowy do podania. Nie ma co ukrywać, nasz stół prezentował się smacznie, syto i bogato ;).

W międzyczasie otworzyliśmy sobie wspomnianego wcześniej whisky i chillowaliśmy w pięknych okolicznościach przyrody, ogrzewając się przy ognisku i jedząc pyszną kolację, popijając co jakiś czas złoty trunek, przy dźwiękach bzyczących komarów i meszek ;).

Niepostrzeżenie wybiła północ. W tym też momencie spojrzałam w ciemne (koniec sierpnia, więc do czerni jeszcze trochę mu brakowało) niebo, by poobserwować gwiazdy, a tam dzieje się coś dziwnego!

Ni to mgła, ni to jakaś poświata przesuwająca się z jednego skraju nieba na drugi. Patrzę, patrzę, niby widzę delikatne zmiany kolorów, ale nie wierzyłam, że to może być to o czym myślę… Co to jest?! Szybko szturchnęłam Erlenda i zapytałam. Po uzyskaniu odpowiedzi omal nie wyskoczyłam z butów! Otóż. Tą niby mgłą, niewiadomo czym na niebie okazała się najprawdziwsza i jedyna w swoim rodzaju ZORZA POLARNA <3!!! Jedno z moich największych marzeń ot tak się spełniło! Samo, niespodziewanie i to jeszcze w tak pięknych okolicznościach przyrody <3!

Ach, byłam wniebowzięta, zachwycona, zszokowana i przeszczęśliwa zarazem. Nie mogłam uwierzyć we własne szczęście. Zupełnie się nie spodziewałam, że zorzę zobaczę już pod koniec sierpnia. Jak się okazało, była to dość wyjątkowa sytuacja, bo i Erlend był zaskoczony, że Aurora  pojawiła się już pod koniec lata. Zazwyczaj można ją podziwiać w okresie między równonocą jesienną, a wiosenną, czyli między 21 września, a 21 marca, o ile warunki są sprzyjające. Czyli ta całą zorza, to prezent dla mnie od pięknego wszechświata, który podarował mi to zapierające dech w piersiach przedstawienie, wiedząc, że do zimy w Norwegii nie zostaję. Dziękuję <3! Do tej pory jestem wdzięczna :).

Od momenty kiedy zauważyłam pierwsze tańce świateł pośród gwiazd, nie mogłam przestać patrzeć w niebo. Erlend nie był aż tak pochłonięty oglądaniem, gdyż, jak stwierdził „prawie nic nie widać” :D, no tak, w końcu on tu mieszka całe życie i pewnie nie raz widział całe niebo wypełnione tańczącą, tęczową zorzą :P. Ja natomiast nie wiedziałam co mam z sobą zrobić ze szczęścia. A to chodziłam i patrzyłam w niebo, a to się kładłam na karłowatych drzewkach gapiąc się w gwiazdy i ledwo widoczną zorzę, cykałam miliony zdjęć, żeby uwiecznić spełnienie jednego z moich większych na daną chwilę marzeń ;). Przepiękny wieczór. Cały ten Gjerdalen ma chyba magiczną moc spełniania życzeń :)!

(A ja wtedy jeszcze nie wiedziałam, że dane mi będzie oglądać to piękne zjawisko w pełnej krasie, pośród śniegów i lodów zimowej Norwegii, przy -27°C :D)

Przedstawienie skończyło się o 2:30. Z tego wychodzi, że gapiliśmy się w niebo przez ponad dwie godziny, z krótkimi przerwami na ogrzanie się przy ogniu, kawę i whiskaczowego shota ;).

Zdecydowanie było warto! Nie często się zdarza, że zorza pojawia się jak na życzenie :).

Nieco zmęczeni podziwianiem podniebnych spektakli i ogniskową imprezą, sprzątnęliśmy nasze graty do kupy, żeby ewentualny wiatr ich nie rozrzucił po całej polanie i przed 3 legliśmy spać. Cóż, trzeba przyznać, że całkiem wygodnie w takim ogromnym namiocie. Normalnie jakbym swój pokój z Polski przeniosła w warunki polowe ;).

Obudziliśmy się przed 11. Dzień zapowiadał się pogodnie i słonecznie. Na ognisku przygotowaliśmy poranną kawkę, przekąsiliśmy coś na śniadanie, złożyliśmy nasze nocne schronienie i postanowiliśmy spróbować szczęścia i może coś złowić. Jezioro było dość płytkie o kamienistym dnie. Woda krystalicznie czysta i przerażająco zimna. Słońce natomiast prażyło jak w tropikach. Trochę patowa sytuacja, zważając na to, że na dworze istna patelnia, a Ty nawet nie możesz się ochłodzić w jeziorze, bo kontakt z wodą może przysporzyć o zawał serca, czy szok termiczny :D. Ach! Norwegia!

Trzeba pamiętać, że w Norwegii za darmo można łowić ryby jedynie w morzu i w fiordach. Za możliwość łowienia w jeziorach i rzekach, trzeba zapłacić, kupując specjalne zezwolenie, w które to można się wyposażyć przez Internet lub w sklepie. Oczywiście pozwolenie mieliśmy wykupione, bo Erlend się tym zajął… Ale co z tego. Pozwolenie pozwoleniem, ale ryby za nic nie chciały brać. Po wielu nieudanych próbach, znudzona ciągłymi niepowodzeniami, odszedł mi cały zapał i zrezygnowałam z połowu. Cóż, zjemy na obiad coś innego ;).

Posiedzieliśmy jeszcze nad jeziorem, pospacerowaliśmy przy brzegu, powygrzewaliśmy na słoneczku i po południu postanowiliśmy wrócić do domu.

Znaleźliśmy też jeden ciekawy głaz, który wyglądał, jakby się do nas zuchwale uśmiechał :D.

Droga powrotna znów wiodła przez piękne krajobrazy i zjawiskowe góry. Przekraczaliśmy strumienie i wodospady, aż dotarliśmy na parking. Zapakowaliśmy wszystkie rzeczy do auta i ruszyliśmy do Mørsvikbotn.

Ten dzień był o tyle specjalny, że był to ostatni dzień sierpnia, czyli nie dość, że spędziłam tu ponad miesiąc, to jeszcze od jutra Erlend idzie do nowej pracy i skończą się jego wakacje, a ja znów zostanę sama na Północy… O nie, nie, aż tak źle nie będzie. Co prawda Erlend będzie wyjeżdżać do pracy w niedziele wieczorem i wracać w piątek wieczorem, ale zostają nam jeszcze 4 wspólne weekendy. A i ja zapewne nie będę się za bardzo nudzić, bo i popracuję u Sissel i Geira, a to przejdę się z nimi na grzyby lub na spacer, albo wybiorę się na przejażdżkę po morzu, albo przejdę się na molo na ryby, albo na przechadzkę po lesie. Nudzić na pewno się nie będę ;). Tylko trochę szkoda, bo w sumie zdążyliśmy się już z sobą trochę zżyć. Ale jak wiadomo wszystko przemija. Nie ma co się martwić, w końcu jeszcze kilka weekendów przed nami :).

Postanowiłam, że na czas nieobecności chłopaka, znów przeprowadzę się do swojego pokoju w domu Sissel i Geira, bo i po co mam siedzieć ich rodzicom na głowie. A tu przynajmniej mam swój kąt :). Przeprowadziłam się zatem znów na stare śmieci ;).

By zakończyć wakacyjny czas, przed wyjazdem Erlenda popłynęliśmy jeszcze na naszą kamienistą plażę Stone Beach, by tam obejrzeć ostatni, sierpniowy zachód słońca. Z dnia na dzień dni robiły się coraz krótsze i chłodniejsze. Nie wiadomo jaką pogodę przyniesie następny weekend…

Zanim wybraliśmy się na łódkę, zrobiło się dość późno. Na plaży byliśmy dopiero o 21 i słońce zdążyło się już schować za górami. Jednak po zachodzie pozostała na niebie piękna poświata, okrywająca kontury czarnych szczytów pomarańczowym światłem. Posiedzieliśmy godzinę i popłynęliśmy z powrotem do Mørsvikbotn.

I tak, na koniec dnia się pożegnaliśmy. Erlend pojechał do pracy, a ja spędziłam przemiły wieczór na rozmowach z nowymi-starymi gospodarzami :).

Ciekawe co ciekawego przyniesie mi wrzesień… :)?

Martyna Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *