PIERWSZE KROKI NA WYSPIE

Podzieliliśmy się konspiracyjnym planem przemytu nas na wyspę, z busową ekipą. W sumie nie mieli nic przeciwko, tylko byli nieco zaskoczeni, i jak to Norwegowie, dość zdziwieni, że w sumie jak to tak schować się w bagażniku, kiedy normalnie można (i powinno się!) zapłacić… No ale dobra, róbta co chceta, zapewne pomyśleli ;).

Jako, że tyły, jak już wcześniej wspominałam, były mega zapchane (np. można było stamtąd wygrzebać futro renifera, albo gitarę, koce, plecaki, torby, ubrania, jedzenie, śpiwory, namioty, itp., itd…), to dla nas na szczęście, nie było żadnego problemu by legnąć na siedzeniach, albo kucnąć na podłodze i przykryć się całym tym majdanem. Taki zatem był plan… Wszyscy byli zadowoleni, ale i bardzo zmęczeni. Zajęliśmy więc dogodne miejsce, a to na siedzeniu, a to na karimacie, w śpiworze, przy aucie, a to na tyłach. Zimne powietrze zaczęło nieznośnie przedzierać się do wnętrza samochodu, ale w końcu udało mi się usnąć.

Po pewnym czasie obudziło mnie pukanie w szybę. Jakiś pan z listą, pyta się o coś po norwesku. Za nic nie wiedziałam o co chodzi…

Okazało się, że owi panowie podchodzą do każdego przyszłego pasażera i spisują jego dane, by w razie wypadku wiadomo było kto znajduje (albo znajdował się) na promie. Nie znałam tego przepisu, a na wcześniejszych promach nikt nas o nazwiska nie pytał. Ale pewnie to dlatego, że ta przeprawa to nie kilka kilometrów, i przepłynięcie na wskroś fiordu, lecz dobre parę godzin rejsu na otwartym morzu. Bardziej niebezpieczne historie mogą się wydarzyć… Okazało się też, że ten pan na razie budził ludzi i kazał przygotować dokumenty. Poszedł dalej.

Kurde! Tak skrzętnie obmyślony plan dostania się na lewo, na wyspę, zaraz legnie w gruzach… Co robić… Przecież nas widział!!!

Przyszła nasza kolej na wpisanie się na listę. Øystein i reszta jego grupy grzecznie wyjęła dokumenty i wpisała swe dane… a my… My się po prostu na listę NIE WPISALIŚMY ;). Problem rozwiązany :P.

Teraz tylko wbić się na tyły busa, w miarę wygodnie się usadowić, przykryć wszystkim co się znajdzie dookoła i gotowe :). Może się uda!

Mi przypadło na wpół leżenie na siedzeniach i skóra renifera na grzbiecie, Rafała nawet nie widziałam ;). Czekamy….

Ruszyliśmy… Jedziemy… Pełni nadziei, żeby tylko teraz nikt nas nie wyhaczył. Nie powiem, emocje sięgały zenitu. Taka próba oszustwa to nawet jak na moje nerwy średnio w porządku… Ale my serio nie mieliśmy kasy, a tak bardzo chcieliśmy na wyspę… Cóż… nie ma się co tłumaczyć… Nie było to w porządku, ale i tak zaryzykowaliśmy…

Powoli, powoli… samochód jedzie dalej i dalej… Nagle, tuk tuk…. tuk tuk… Metalowe dźwięki wjeżdżania na kładkę do wewnątrz promu. Jest! Chyba się udało… Ale jeszcze trochę trzeba cicho posiedzieć, co by nas nikt nie przyuważył. Samochód zajął swe miejsce parkingowe. Po paru minutach zostaliśmy wywołani do wyjścia na zewnątrz, gdyż sytuacja się uspokoiła, i bezpiecznie mogliśmy postawić nogi na pokładzie :). Jupii! Udało się :)! SZCZĘŚCIE sprzyja, nie ma co :)! Haracz nie pobrany, autostopowa przygoda trwa ;).

No to teraz już oficjalnie, płyniemy na wyspę Værøy. Skład naszej nowej, festiwalowej ekipy to:

  • Øystein – rudowłosy chłopak z „półdreadami”, z zawieszonym na szyi ametystem z Indii, i Canonem 5d zawieszonym na ramieniu (niezły hippis ;))
  • Marthe – drobna, wesoła dziewczyna z długalachnymi dreadami, poprawiająca fryzurę podczas praktycznie całej dotychczasowej jazdy
  • Magne – pozytywny, długowłosy blondyn, co chwila skręcający nowe palenie
  • Kjetil – młody, krótkowłosy chłopaczyna i właściciel legendarnego wiśniowego busa
  • Rafał – mój coraz bardziej irytujący kompan podróży
  • i Ja – Martyna ;).

Zostawiliśmy nasz dobytek w samochodzie, a sami powędrowaliśmy na wyższe piętra statku. Prom był dość spory, nie to, do czego byłam przyzwyczajona. Kilka pięter, pełno ludzi dookoła, zgiełk i tłok. Wszyscy próbują zająć jakieś dogodne miejsca na resztę podróży.

Udało nam się usiąść na dziobie statku, więc mieliśmy piękny widok na otaczające nas ze wszystkich stron morze :). Ale… pierwsze co zrobiliśmy, to zasiedliśmy w fotelach i zdrzemnęliśmy się chwilę. Marthe na ziemi, na futrzanej skórze – no to już teraz wiem po co ten renifer ;).

Po niedługim czasie towarzystwo zaczęło głodnieć. Wycieczka do busa, każdy sięgnął po swe zapasy i powrót na wcześniej zajęte pozycje :). Po napełnieniu żołądków, trochę już mi się nudno zrobiło w kabinie na fotelach. Zwłaszcza, że widoki zaczęły się zmieniać, i z morza zaczęły wyrastać góry. Zaproponowałam więc Øysteinowi, wyjście na pokład, by się przewietrzyć i może uwiecznić parę kadrów (w końcu też zafiksowany pod względem fotografii był, a Rafał spał :P).

IMG_5952

IMG_5932

10561710_10152569880186578_6554945811561877055_n

A na pokładzie zimno i wietrznie. Popodziwialiśmy widoki, przewiało nas do szpiku kości i pokornie wróciliśmy do środka na swoje miejsca.

Nad ranem, koło 8:00, pierwszy przystanek – Moskenes, a stamtąd już raptem rzut beretem na  naszą upragnioną Værøy. Oczywiście podczas postoju okupowałam pokład i podziwiałam piękne krajobrazy Lofotów. Niestety tropikalna pogoda jakoś ucichła i wyspy witały nas chłodno wiatrem i pochmurnym niebem.

IMG_5972

IMG_5980

IMG_5990

Jak już wymarzliśmy, to znów wróciliśmy z powrotem na nasze fotele i jeszcze chwilę się przekimaliśmy, bo w sumie trzeba spać kiedy tylko jest okazja, zwłaszcza gdy przed nami cały dzień wrażeń i walka o wolontariat na festiwalu ;).

Następnym przystankiem był już chwilowy cel naszej podróży – Værøy! 🙂 Jeszcze tylko trochę niepewności, bo trzeba się było ponownie ukryć pod tobołami, i będziemy bezpieczni na wyspie. Tak też zrobiliśmy. Koło 10:30 prom zacumował przy brzegu, a my schowani na tyłach, czekaliśmy na znak, że strefa jest już wolna od obserwatorów ;).

I znowu… Stoimy. Dookoła słychać metalowe dźwięki i ruszające samochody. Oo, teraz my! Ruszyliśmy. Powoli, pomału… tuk tuk… tuk… tuk… Zjechaliśmy z kładki promu! Jeszcze tylko odjedziemy kawałek z kolejki aut….i  JEST!!! Udało się! Nasz plan się powiódł. Dostaliśmy się niepostrzeżenie na wyspę, teraz tylko zdobyć miejscówkę na festiwalu.

Wyspa nie prezentowała się zbyt okazale, jednak już na pierwszy rzut oka czuć było jej niesamowitą energię. Pochmurne niebo, górskie szczyty spowite mgłą (a tam szczyty… WSZYSTKO było we mgle) i maleńkie miasteczko przy porcie, zewsząd otoczone wodą. Co by tu nie mówić, okazale może nie było, ale przepięknie to i owszem :).

IMG_6001

IMG_6009

Jadąc na miejsce festiwalu zgarnęliśmy jeszcze pewnych nieszczęśników, którym rozkraczył się samochód i zdecydowaliśmy się ich pociągnąć linką holowniczą na drugą stronę gór. Na szczęście wiśniowy bus był dość silny i masywny, więc dał radę udźwignąć jeszcze jedno auto, dzielnie sunąć po stromej drodze. Widoki pewnie były by piękne, ale niestety nie było widać nic, DOSŁOWNIE NIC :P. Wszystko pokryte było grubą warstwą szarej, gęstej mgły.

I tak właśnie dotarliśmy na pas startowy samolotów, nieopodal (jak się później okazało) fabryki czekolady, na słynnej wyspie Værøy :). Zaparkowaliśmy nasze auto i wyleźliśmy obczaić sytuację oraz ogarnąć nasz wolontariat i inne sprawy związane z pobytem.

Znaleźliśmy miejsce na parkingo- polu namiotowym, które ciągnęło się wzdłuż pasa startowego. Wylegliśmy na zewnątrz.. i…dupa :P. Zimno, z nieba siąpi jakaś dziwna mżawka połączona z zewsząd osiadającą na nas mgłą… Nie zepsuło nam to jednak humorów, wypiliśmy po piwku na dzień dobry i dalej trwa impreza :).

IMG_6018

Nasi sąsiedzi powitali nas wdzięcznie i pierwszymi słowami, które do nas wypowiedzieli były:

– O hej, fajnie, że jesteście :)! Pogodą się nie przejmujcie, już jutro ma się wypogodzić, a jak rano zobaczycie tutejsze widoki i co to miejsce ma do pokazania, to nie uwierzycie własnym oczom, że to ta sama wyspa!

No cóż. Pożyjemy, zobaczymy. Miejmy nadzieje, że przepowiednia się sprawdzi, bo w danym momencie nie było widać nic – ani morza, które szumiało za pasem zieleni, ani gór, o których tylko słyszeliśmy i mogliśmy zobaczyć tylko ich kamienne podnóże, ani… no nic… nic nie widzieliśmy :P.

Jedyne co rzucało się w oczy, to poubierani w kolorowe peleryny weseli ludzie, krążący dookoła, kilka zielonych pagórków, jakiś staw w oddali po wdrapaniu się na jedną górkę i ledwo miejsce rejestracji.

IMG_6022

IMG_6073

No to co. Trzeba się ogarnąć i popytać o jakąś pracę, by móc tu trochę posiedzieć za friko. Udaliśmy się więc z Rafałem do recepcji, a tam miliony osób. I o dziwo, nikt się nie pcha, nikt nie krzyczy ani nie podbiera miejsca w kolejce, wszystko ładnie, grzecznie, mimo tego że dookoła morko i zimno :). Fajnie.

Doczekaliśmy się na swoją kolej i pytamy chłopaka za ladą, czy mają może dla nas jakiś wolontariat. Pierwszy był Rafał, więc chłopak od razu powiedział mu, że po południu będą potrzebowali pomocy w jednym namiocie przy burgerach i żeby udał się tam koło południa. No to Rafał załatwiony. Teraz kolej na mnie :). Organizator spojrzał na mnie i powiedział, że niestety tam gdzie kolega, to już nie ma miejsca, ale polecił, bym popytała w barach, które ustawione są przy głównej alei festiwalowej i tam na pewno znajdę miejscówkę, gdzie będą potrzebowali rąk do pracy. Zapytałam jeszcze, czy mogę dostać festiwalową opaskę, potwierdzającą, że jestem uczestnikiem festiwalu. Chłopak niepewnie sięgnął po dwie opaski – dla mnie i mego kompana, upewniając się, czy aby na pewno będziemy pracować i czy nie ściemniamy, by tylko dostać opaski. Zapewniliśmy go, że nie mamy zamiaru go oszukać i będziemy pracować. Dostaliśmy opaski, a ja miałam wrócić i podać nazwę baru, w którym znalazłam pracę. No to poszłam sama na łowy :).

Szłam sobie alejką podziwiając zamglone, górzyste krajobrazy i sprawdzałam, gdzie bym się tu mogła podziać na tydzień :). Jeden bar, burgery, mięso… ble.. nie bardzo chciałabym się babrać z mięsiwem, zwłaszcza, że mięsa nie jadam…

Poszłam więc dalej i oto mym oczom ukazał się wagon z szyldem: VegetarKarneval! No to przecież idealne miejsce dla mnie! Vege kuchnia, możliwe że fajna praca będzie, bez wyrzutów sumienia, że przygotowuje posiłki ze zwierzaków, w zgodzie z własnym sumieniem, a i może się załapie na jakieś dobre żarełko na obiad, czy śniadanko :). Zapukałam. Drzwi otworzyła mi roześmiana, czarnowłosa Karin, przyjaciółka właścicielki. Zapytałam, czy może nie potrzebują kogoś do pomocy, bo ja szukam pracy, z wolontariatu i fajnie by było się u nich zaczepić. Karin zawołała właścicielkę – Hanę. Ona z uśmiechem kiwnęła głową, że i owszem, chętnie mnie przyjmą i żebym przyszła jutro rano.

No i doskonale! Pożegnałam się z dziewczynami, poszłam do recepcji z dostarczyć informację gdzie pracuję i… znów milion osób. Jako że miałam na sobie moją przeciwdeszczową kurtkę, która pod wpływem ciągłej mgły i deszczu zaczynała nie dawać rady, a i aparat bez pokrowca miałam zawieszony na ramieniu, to zaczęłam odrobinę przemakać… Ale, ale, dookoła było tyle pozytywnej energii i radości :)! Po chwili czekania w  kolejce zaczepił mnie chłopak, który tak po prostu, podarował mi wspaniałą pelerynę przeciwdeszczową :)! No cudownie! Podziękowałam serdecznie i się uśmiechnęłam, i na twarzy, i w duchu :). Dobrze się dzieje na tej wyspie. Czuję, że to był dobry wybór, by tu przyjechać!

Przyodziałam mą nową moro-pelerynkę i już bezpieczna od deszczu z chronionym aparatem doczekałam się swojej kolejki. Mówiąc nazwę mego vege baru zerknęłam na ladę recepcji i zauważyłam peleryny… takie same jaką dostałam od dobrego chłopaka, za około 130 kr (!)… no nieźle, nie dość, że wkręciłam się na festiwal, ogarnęłam sobie pracę, karmią mnie i co i rusz podstawiają a to piwko, a wino, a to palenie, to jeszcze dostałam fajną pelerynę, a wszystko zupełnie za darmo… SZCZĘŚCIE MARTYNY jest zdumiewające nawet dla samej Martyny ;). Po załatwieniu formalności pomaszerowałam z powrotem do naszego azylu – wiśniowego busa.

A tam impreza trwa w najlepsze! Pochwaliłam się, że mam pracę, więc na bank zostaję z nową ekipą na festiwalu. Posiedzieliśmy chwilę w aucie, by się ugrzać i odrobinę wysuszyć. Rafał zdziwił się, skąd ja mam tą pelerynę! Mówię, że dostałam. I znów to jego dziwne spojrzenie… Ech :P. Posiedzieliśmy , ugrzaliśmy się, wypiliśmy coś mocniejszego na ogrzanie, posłuchaliśmy dobrej psychomuzy i.. ile można siedzieć w aucie. Z chłopakami postanowiliśmy pójść na podbój wyspy. Na początek udaliśmy się, by obejrzeć plażę i podziwiać morze.

Na podbój otwartego Morza Norweskiego udałam się z Øysteinem, Kjetelem,  Magne i Rafałem. Marthe gdzieś na dobre przepadła w tłumie swoich znajomych.

IMG_6025

IMG_6030

IMG_6034

Plaża… hmm.. piasku mało, kamorów natomiast miliony. Wyglądała tak, jakby jakiś olbrzym wysypał sobie „kamyki”, które mu zawadzały w kieszeni, nie patrząc na to, gdzie je rzuca. Głazy, większe i mniejsze były wszędzie, a to na piasku, a to przy brzegu, a to w wodzie, od tak, wszędzie ;). Jednak pomimo wszystko, nadawały one uroku temu miejscu, a mgła otaczająca nas dookoła, nie pozwalająca ujrzeć horyzont, sprawiała, że krajobraz zyskał magiczny klimat. Przeszliśmy się brzegiem, znajdując po drodze różne skarby Matki Natury – a to kraby, olbrzymie wodorosty, resztki ryb, muszle i kamyki :).

IMG_6042

IMG_6054

IMG_6062

Wróciliśmy znów ogrzać się do busa, cali przemoczeni do suchej nitki. Pomimo podarowanej peleryny, miałam mokre dosłownie wszystko: spodnie, buty, skarpetki, kurtkę włosy, aparat… Wszystko :P.

I tak: picie, palenie, picie, palenie i psytransy w tle. Ach, niech już wreszcie wyjdzie słońce! Klimat jest, ale ile można siedzieć w jednym miejscu. Deszcz trochę zelżał, więc udaliśmy się na dalszą eksplorację wyspy, by zobaczyć co się tu właściwie dzieje. Jako, że moje buty mogłam wykręcać z wody, Magne pożyczył mi gumowe półsandały :P. Sharing is caring <3! Miło :).

IMG_6072

W namiocie trwała już gruba impreza. Usiedliśmy więc w okręgu i suszyliśmy się przy dźwiękach muzyki, rozmowach, piwku i przyjemniej, chilloutowej atmosferze :).

IMG_6076

IMG_6091

Koło 22 zaczęło dopadać nas wszystkich zmęczenie, całym dniem, podróżą oraz nieprzespaną nocą w oczekiwaniu na prom i na statku, więc udaliśmy się z powrotem do busa. Jako, że dzień się kończył, to wypadałoby się umyć po tak długiej podróży… Tylko gdzie? Do pryszniców pewnie milionowe kolejki, a i daleko, nie chce się iść.

Padł pomysł, że przecież trzeba się wykąpać w „jeziorku” nieopodal, lub w morzu. No oczywiście! Martyna jest jak najbardziej za, przecież nie może później żałować, że nie spróbowała :)! Rafał tradycyjnie odmówił kąpieli i udał się z nami tylko po to, by zrobić kilka zdjęć… Ja nie wiem, jak on się cieszy z podróży, ale pewnie ma inny światopogląd i odczuwanie i przeżywanie życia niż ja. No nic na siłę, jego wybór. Pierwszym miejscem kąpielowym było jeziorko znajdujące się nieopodal, usytuowane u podnóża gór. No to co, wskakujemy do wody!

IMG_6094

IMG_6095

Pierwszym odważnym był Magne. Ja jeszcze poczekałam na chłopaków, by razem wejść do wody. Ale! Śmichy, chichy, Magne stanął na brzegu owego „jeziorka”. Rozradowany, ruszył by zażyć kąpieli, a tu za drugim krokiem znalazł się prawie po pas w mule! My w śmiech trochę podszyty strachem, on w śmiech, o co tu właściwie chodzi?! TO PRZECIEŻ BAGNO! Ktoś już w oddali krzyczy do nas z ostrzeżeniami, byśmy szybko wyszli, bo tu jest niebezpiecznie, i by czasem nikt więcej nie wszedł to tego „jeziorka”. Magne z odrobiną problemów w końcu wydostał się z wciągającego go „jeziora”. I tu już Martyna pomyślała przed wejściem na wariata do wody i przeanalizowała sytuację :). Jednak lekcja z mostu nie poszła na marne :). Człowiek uczy się całe życie ;).

10485837_10152569851371578_6147163727169358129_n

Udaliśmy się więc na brzeg morza, by się wykąpać i w końcu udać się na zasłużony odpoczynek.

Deszcz odrobinę zelżał, więc mogliśmy zdjąć przemoczone rzeczy, ale biorąc pod uwagę, że nasze plecaki były upchnięte na dnie busa, to nie było możliwości, by wydobyć z nich suche ubrania. Zatem, oprócz gumowych półsandałów, dostałam również cudownie ciepły, wełniany sweter <3!

Hehe, ja to bym mogła chyba podróżować z 5 litrowym plecakiem i pewnie bym nie zginęła ani z głodu, ani z pragnienia, ani z braku ubrań, a to był dopiero początek ;). Hehe.

No to jesteśmy na plaży. Morze czeka na nas z otwartymi, zimnymi ramionami, wypchanymi solą i kamieniami. Pomału zdejmowaliśmy warstwy ubrań, coraz niepewniej patrząc na wodę… Ale słowo się rzekło! Zwarci i gotowi, ruszyliśmy więc do kąpieli :). Zimno jak pierun, woda jeszcze zimniejsza… jak z lodowca! Aaa! Szaleństwo! No ale wykąpać się trzeba.  Weszłam po pas do morza… Szybko, szybko, szampon, mydło, raz dwa i głowa zanurzona. Mózg skurczył mi się z zimna do wielkości orzeszka ziemnego :D, teraz szybko namydlić ręce, nogi i resztę ciała i już! Gotowe! Ale, ale… jeszcze trzeba TYLKO (!) zmyć to mydło… Nie ma innej opcji, trzeba się zanurzyć, tak najłatwiej i najszybciej się opłukać… Raz, dwa… trzy…hop do wody! Zimno jak nie wiem! I jeszcze raz, teraz już tak, żeby przepłynąć się kawałek we mgle, między kamieniami, w magicznej atmosferze :)…

IMG_6110

IMG_6113

Kąpiel zakończona! Szybko wyszliśmy na brzeg i ustawiliśmy się do pamiątkowego zdjęcia… Nikt jednak na szczęśliwego nie wyglądał :D… Pomimo wszystko – było warto! A jak :)! Kąpiel w środku nocy, we mgle, na Lofotach, podczas zachmurzonego dnia polarnego. Nie szybko to się powtórzy, a będzie co wspominać.

IMG_6127

Zziębnięci wróciliśmy do naszego „domu”. No to trzeba by się w końcu przespać… tylko że… jest mały problem… Namiot nie rozłożony, trawa mokra, sił brak, zmęczenie dopadło, a nawet nie wiadomo gdzie ten mój namiot wylądował…

Rafał zasiadł na przednim siedzeniu i tam już ostał, dziwnie obrażony… Drugie przednie siedzenie zajęte było przez plecaki, tył okupowany przez resztę majdanu oraz Magne i Kjetela, na szczęście został jeszcze wolny kawałek kanapy w drugim rzędzie auta. Zalegliśmy więc tam z Øysteinem.

Zimno jak cholera. Wygrzebałam w końcu skądś mój śpiwór i podzieliłam się z mym towarzyszem nieszczęścia. Niestety nie zrobiło się wiele cieplej. Trzęsąc się z zimna, Øystein wygrzebał skądś swój puchaty, cieplutki śpiwór, którym szczelnie się otuliliśmy i zaczęliśmy gadać, to o tym ,to o tamtym i tak od słowa do słowa nawet nie wiedząc kiedy, zapadliśmy w sen, na siedząco, z podkurczonymi nogami, bo w busie miejsca niewiele. Ale w końcu ciepło, na szczęście :).

Obudziliśmy się o poranku, i to co zobaczyliśmy za oknem przerosło nasze wszelkie oczekiwania!

Czym zaskoczyła nas wyspa? Tego dowiecie się już niebawem :)!

Martyna Opublikowane przez:

2 komentarze

  1. 20 grudnia 2015
    Reply

    Z ta kąpielą to przegięcie…;)

    • Martyna Piasecka
      20 grudnia 2015
      Reply

      Było super :)!!!
      Mega orzeźwiająca kąpiel :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *