VELKOMMEN TIL NORGE INGJEN

Moje kochane, łódzkie cztery kąty opuściłam już dwa tygodnie temu, ale dopiero w czwartek wieczorem (22 .06) dotarłam do Norwegii, czyli mojej chwilowej przystani :).

A w drodze na północ, zdążyłam jeszcze odwiedzić nad naszym pięknym Morzem Bałtyckim moją mamę, zbierać bursztyny, przeżyć burzę piaskową na łebskiej plaży, brać udział w magicznych, szamańskich ceremoniach, chodzić po kaszubskich łąkach i lasach i kąpać się w jeziorze :). Działo się mnóstwo wspaniałych rzeczy, poznałam (niektórych spotkałam ponownie) pięknych ludzi, odnalazłam zagubioną we wszechświecie siostrę Magdalenę <3, jestem bogatsza o wiele doświadczeń <3, a każdą jedną moją komórkę wypełnia miłość, radość i wdzięczność <3.

O czarodziejskim Kożyczkowie i wyprawie nad morze napiszę w wolnej chwili jak się rozpakuję i się ogarnę, a teraz napiszę tylko kilka słów i uciekam do pracy :).

W czwartek rano, po truskawkowo-bananowym śniadanku, zgarnęłam wszystkie graty i walizę, na których dosłownie żyłam od tych dwóch tygodni ;). Nie było sensu się rozpakowywać nawet, bo co parę dni trafiałam w inne miejsce, aż do czwartku właśnie ;).

Mariolka u której zatrzymałam się w Sopocie, podwiozła mnie na przystanek i stamtąd już ruszyłam w samotną podróż do Norwegii.

O dziwo, na gdańskim lotnisku przyjęto mnie bardzo ciepło i byłam wręcz zaskoczona, że mój przeładowany bagaż rejestrowany, bez problemu dostał naklejkę i bez żadnych opłat (na które byłam już przygotowana ;)) pojechał taśmą prosto do samolotu <3. No to już z górki. Teraz tylko trzeba jakoś ogarnąć bagaż podręczny i ciężką reklamówkę, razem z dyndającym na boku aparatem ;).

Przeszłam do kontroli bezpieczeństwa. Wyjęłam całą elektronikę, dyski, laptopa, aparat, ładowarki, co zajęło mnóstwo miejsca w kuwetach i czasu przy maszynie, no ale nic. Wrzuciłam na taśmę swe buty, które zawsze piszczą podczas przechodzenia przez bramkę. Przechodzę, a tu kontrola, choć nie miałam na sobie już nic metalowego, pewnie to „sprawdzenie kontrolne” bramki. Strażnik mówi, żebym poczekała, uśmiechnęłam się i czekam na boku. A tu nagle podchodzi do mnie inny strażnik z jakimś świstkiem (papierową tasiemką) i przejeżdża nim po moich wewnętrznych i zewnętrznych stronach dłoni. Odszedł, ale każe czekać. Cóż… troszkę się zestresowałam, bo dopiero co wróciłam z dwóch kosmicznych ceremonii i nawet nie miałam chwili, by ochłonąć i uspokoić umysł, który latał sobie po innych wszechświatach, a tu takie przyziemne kontrole ;). Że jestem czysta, to było pewne, ale wiecie jak to jest podczas kontroli, zwłaszcza na lotniskach… Stres się uaktywnia pomimo wszystko ;). Po paru sekundach strażnik jednak krzyknął, że wszystko OK i przepuszczono mnie dalej :). Ach, jednak świadome rośliny nas i siebie chronią <3. Dziękuję :).

Poczekałam na samolot, szybko przelecieliśmy do Oslo, gdzie czekała mnie przesiadka, skąd miałam lecieć już bezpośrednio do Bodø. Ale jak się okazało, przesiadka wcale prosta nie była…

Otóż, coś zmieniło się w transferach podczas międzylądowania na lotnisku w Oslo i na miejscu trzeba było kierować się do żółtych tablic i pracowników, którzy mieli ogarniać krajowe transfery i to ich pytać co dalej. Niby ułatwienie, bo nie trzeba odbierać bagażu rejestrowanego i znów go nadawać przy stanowiskach odprawy i obchodzić całe lotnisko dookoła, przechodząc znów kontrole osobiste i tachać ciężary, ale jednak coś było nie tak… Poszłam zatem i zapytałam. Gościu w żółtej koszulce, z uśmiechem polecił, bym zaczekała, aż na tablicy informacyjnej pod moim lotem wyświetlą się pierwsze trzy litery mojego imienia i nazwiska.

Czekałam, szukałam, ale ani moich liter nie zobaczyłam, ani mojego lotu (!). Może jeszcze za wcześnie. Poszłam więc się przejść po lotnisku, poobserwować sobie ludzi i popatrzeć co ciekawego oferują sklepy, ale zbliżała się godzina mojego odlotu, czyli 17:30… Koło 16:30 zajrzałam jeszcze raz na tablicę, ale w dalszym ciągu nie widziałam swego lotu do Bodø… Dziwne… No nic… poszłam usiąść i odpocząć. Poczytałam coś, zjadłam, nie stresowałam się zbytnio, ale nagle na zegarku wybiła 17:00, czyli czas, kiedy powinnam być w moim gate i stać w kolejce odprawy na pokład mojego samolotu. Poszłam do tablicy, a tam nadal nie ma mojego lotu do Bodø… Wyhaczył mnie mój poprzedni przewodnik i zaskoczony zapytał co ja tu w dalszym ciągu robię?! Mówię mu, że czekam :D! On na to, że muszę przechodzić dalej TERAZ, JUŻ!

Wtedy wszystko do mnie dotarło i jakby ktoś wylał na mnie wiadro zimnej wody. Na tablicy, powinnam szukać swojego nazwiska w lotach skąd przyleciały, a nie tych, dokąd chcę lecieć dalej! Super extra :D! Zagęściłam ruchy i już nieco zdenerwowana kompletnym brakiem czasu, ruszyłam przez bramki, jedno skanowanie biletu, drugie skanowanie… Jestem po drugiej stronie lotniska. Na zegarku po 17, a ja nie wiem nawet gdzie iść dalej! Znalazłam wielką tablicę, szybko znalazłam na niej 17:30 i kierunek Bodø. Gate A 16! A ja pośrodku, nie wiadomo nawet dokładnie gdzie :D. Pędzę z wypakowanym moimi gratami, lotniskowym wózkiem, biegnę przez całe lotnisko szukając mojej odprawy, przepraszam ludzi po drodze, by ustąpili mi miejsca, przeciskam się w wąskich przejściach, jest A16! Jeszcze tylko zejść po schodach. Zgarnęłam plecak na plecy, torba w dłoń i zeskakuję na dół. A tam… PUSTO!!! Tylko jedna pani siedzi na krześle i słucha muzyki. Wtedy już zestresowałam się dość mocno, bo co ja zrobię w Oslo, jak przecież mój lot zaraz odlatuje! Ledwie łapiąc oddech, pytam jej szybko, czy z tego gate leci Norwegian do Bodø. Mówi, że nie… No to pięknie :D…

Zdyszana, wypluwając niemalże płuca, biegnę na górę do tablicy i szukam Bodø. I znalazłam… Dwa Bodø :D. Jeden lot z SAS, a drugi z Norwegian. No i na szczęście, albo nieszczęście, okazało się, że A16, to bramka SASa, natomiast mój gate to C6, czyli zupełnie na drugim końcu terminala :D. Ach, kocham takie sytuacje, gdy siedzę sobie spokojnie i nie wiedząc co mnie czeka, ze spokojną głową, że wszystko jest ok i na czas, a tu nagle okazuje się, że wszystko właściwie powinno być odwrotnie ;). Cóż, nowe doświadczenia zawsze wartościowe :).

No to jedziemy na drugi koniec. Biegnę znów z wypchanym wózkiem i plecakiem zarzuconym na plecy, mijam pasażerów, proszę o zrobienie wolnej drogi, bym mogła się przeteleportować do gate C6… Zadyszana i nie powiem, już całkiem zestresowana, choć w dalszym ciągu z nadzieją, że jednak samolot na mnie zaczeka, pędzę przez kilometry lotniska :P. Jest, sektor C! Teraz tylko wjechać windą na górę i przebiec kilka bramek, do C6. Na zegarku już 17:15… Już dawno powinnam być w samolocie :D.

JEST! Widzę z oddali C6 z tabliczką Norwegian – Bodø – 17:30. Kocham życie <3! Okazało się, że wszyscy jeszcze stoją, a odprawa nawet się nie zaczęła ;). Wszechświat tak bardzo mi sprzyja <3. Nawet loty dla mnie opóźnia ;). Takim oto sposobem, ledwo, ale najważniejsze że zdążyłam, na samolot :).

Spocona i zadyszana, nie mogąc złapać oddechy, ale szczęśliwa na maksa, stałam w kolejce i czekałam, aż otworzą bramkę i zaczną wpuszczać na pokład. Okazało się, że czekaliśmy jeszcze dobre 15 minut, więc nawet spacerkiem bym zdążyła ;).

W końcu wsiadłam na pokład, włączyłam sobie relaksującą muzykę i odpoczywałam lecąc na północ. Oslo było dość pochmurne i zimne, ale zaraz jak wzbiliśmy się w powietrze i przedarliśmy przez pasmo chmur, nagle pokazało się przepiękne słońce, a później morze, jeziora, rzeki odbijające ciepłe promienie, wyglądały jakby płynęło w nich ciekłe złoto <3, zaśnieżone, górskie szczyty i błyszczące skały, wyglądające jakby było stworzone ze srebra <3.

Serce i umysł się uspokoiły, a ja cieszyłam się widokami. Po godzinie byliśmy już w Bodø. Na lotnisku termometr pokazywał 12 stopni, a tu całkiem ciepło :). Wyszłam z samolotu i w sumie nawet nie musiałam ubierać kurtki, słońce zawieszone wysoko nad horyzontem świeciło jak oszalałe, choć było już po 19:00.

Na lotnisku czekała już na mnie Sølvi – dziewczyna szefa, która zabrała mnie samochodem w dwu godzinną przejażdżkę do Moldjord, gdzie znajduje się miejsce mojej pracy. Po drodze zrobiłyśmy moje pierwsze, mega drogie zakupy już za korony, gdyż owoców i warzyw z Polski nie przywlekłam, bez przesady (i tak 2/3 mojego bagażu to żarcie :D). Nie wiedziałam też jak będzie wyglądała sytuacja z moim wyżywieniem, więc wolałam się zabezpieczyć w podstawowe produkty by przetrwać oraz owoce i warzywa :).

Jechałyśmy przez piękne góry i doliny ozdobione wodospadami i śniegiem, przekraczałyśmy mosty nad fiordami, rzekami i jeziorami. Z Sølvi od razu znalazłyśmy wspólny język. Rozmawiałyśmy o indiańskich festiwalach, o energetyce kamieni, o podróżach i w ogóle o wszystkim :). Kobieta zaproponowała mi nawet, że mogę z nią i jej córką chodzić co jakiś czas w góry , jeździć na wycieczki i na ryby oraz że pożyczą mi rower i w wolnym czasie będę mogła sobie jeździć nad morze i gdzie tylko będę chciała :). Pięknie <3.

Po drodze widziałam największe na świecie wiry wodne, stado reniferów <3, zaśnieżone szczyty i… temperaturę na samochodowym termometrze, która wskazywała… 5 stopni (!). Szaleństwo. W Polsce przecież było ponad 25… 😛

Po przejechaniu tunelu Reinhornheia wjechałyśmy w zupełnie inny świat. Nic dziwnego, w końcu znalazłyśmy się na szczycie góry. Gdy się zatrzymałyśmy, by rozprostować kości i zrobić zdjęcia, okazało się, że wcale nie jest tak zimno i spokojnie można chodzić w bluzie, bez rękawiczek i czapki :D. (w końcu podróż do Hiszpanii i spanie w busie przy -15 stopniach się przydała ;). Hehe :D). A widoki zapierały dech w piersiach, tak były piękne <3!

Po 22:00 dotarłyśmy na miejsce. Pensjonat jest przytulny i niewielki. Jak wszystkie domy w Norwegii zrobiony z drewna. Przy nim kilka małych hytte pod wynajem, miejsce pod rozbicie namiotów i wjechanie camperem. Przed głównym wejściem postawione jest lavvo – tipi z kultury Samów, w którym można usiąść przy ogniu, przy stołach, na ciepłych owczych skórach i cieszyć się dniem, gdy jest zimno lub pada deszcz :).

Po wyjściu z samochodu or razu poznałam Minnę, kobietę z Finladnii, z którą będę pracować. Błyskawicznie odnalazłyśmy wspólny język, od razu się polubiłyśmy i śmiałyśmy ze wszystkiego :). Dostałam od niej pyszną, wegetariańską kolację – makaron z sosem pomidorowo-sojowym <3. Nawet udało mi się uskutecznić pierwszy freeganizm we własnej kuchni, w której będę pracować i zgarnęłam pięknego melona, który miał trafić do śmietnika oraz dwa kiwi, którym też nic nie dolega ;). A ja szalona robiłam zakupy :P. Chyba pierwszy i ostatni raz :P.

Pogadałyśmy sobie z Minną, poznałam jej psa – Peski, kobieta oprowadziła mnie po pensjonacie, pokazała co i jak. Dostałam swój pokój, który jest super. Wygodne łóżko, fotel, stolik, całkiem sporo miejsca :). Rozpakowałam się, poogarniałam trochę rzeczy i… nie mogłam usnąć ;). Słońce tylko schowało się za górami, ale nadal mocno oświetlało cały świat. Poszłam więc na spacer. A gdy wyjdę na zewnątrz, albo wychylę się z własnego okna, mogę podziwiać wspaniałe, zaśnieżone pasmo górskie, które o różnych porach dnia, inaczej oświetla słońce, dodając mu pięknych kolorów i jeszcze więcej uroku :). A po drugiej stronie ulicy płynie wielka rzeka :).

Wróciłam przed 1 i padając z nóg rzuciłam się na łóżko.

Szczęśliwie zatem i z uśmiechem w sercu, duszy i na twarzy (przy okazji rozdając miliony uśmiechów dookoła) :), dojechałam do Moldjord, gdzie spędzę następne miesiące :)!

Jest pięknie, zimno i…mega jasno ;)! Już zdążyłam zapomnieć jak to jest ;)… Cóż znów będę się musiała przyzwyczaić do zaglądających do mego okna promieni, przez 24/7 i ptaszków, które nie znają umiaru w śpiewaniu i dają popis non stoper :)!
Ach, kochana Norwegio, wróciłam <3!

A opowieści o magicznym Kożyczkowie, wyprawie nad wichrowe morze oraz dalszych przygodach w Mørsvikbotn obiecuję szybko uzupełnić <3.

MIŁOŚĆ I RADOŚĆ DLA WAS <3!

Martyna Opublikowane przez:

4 komentarze

  1. Jola
    25 czerwca 2017
    Reply

    Po takiej przygodzie na lotnisku w Oslo nadal uważasz, że poradziłabym sobie bez znajomości języka?
    Super napisane , piękne zdjęcia,
    Miłej i spokojnej pracy i nie zapomnij chodzić spać 😉

    • Martyna
      28 czerwca 2017
      Reply

      Myślę, że jak byś musiała, to spokojnie dałabyś sobie radę nawet i w takiej sytuacji na lotnisku :). Musisz tylko uwierzyć w siebie :). A jeśli się boisz o język, to jedyne rozwiązanie, to nauczyć się nim posługiwać choćby w podstawowym stopniu :). Pomyśl o tym :).
      Dzięki, cieszę się, że Ci się podoba :).
      Spać nie ma czasu, a praca choć ciężka, to jest super :).

  2. ola
    25 czerwca 2017
    Reply

    Czytając to wszystko bardzo się denerwowałam ja bym chyba umarła ze strachu miałaś naprawdę przygody jednak poradziłaś sobie świetnie życzę ci powodzenia czekam na nowe wiadomości

    • Martyna
      28 czerwca 2017
      Reply

      Ja to się bardzo denerwowałam, gdy byłam na drugim końcu lotniska, 15 minut przed odlotem mojego samolotu ;). Dzięki Babciu <3!
      Nowe wieści wrzucam na razie na bieżąco :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *